Dzień pierwszy – odjazd

Tu jest miejsce na zdjęcie którego nie zrobiliśmy, z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych (zimno, ciemno, mokro?) i 1 w nocy; marząc o „angielskich migdałach” zapomnieliśmy o uwiecznieniu tej pamiętnej chwili.


Przejazd do Brukseli

Zwiedzanie Brukseli zaczęliśmy od Parlamentarium – muzeum Parlamentu Europejskiego. Natrafiliśmy tam na polskie akcenty w postaci: logo „Solidarności” oraz przemiłego polskiego pracownika Parlamentarium, który doradził nam co warto zobaczyć w tak krótkim czasie (ok 40 min.), który został do zamknięcia muzeum.  Sam Parlament tego dnia okazał się dla nas niedostępny z powodu długiego weekendu.

   

Biegiem przez Brukselę dostaliśmy się na Grand Place – główny rynek, który zauroczył nas zapierającą dech w piersiach architekturą. Niezbędnym elementem naszej ekspresowej wycieczki były sikający chłopiec – Maneken Pis, belgijskie frytki i słynne gofry.

Strudzeni podróżą, mogliśmy odpocząć w brukselskim hotelu Ibis.


Dzień drugi – wyjazd do Anglii

Następnego ranka po pysznym śniadaniu udaliśmy się w dalszą drogę. Kolejnym ekscytującym momentem była podróż promem, gdzie u niektórych uczestników ujawiły się ukryte problemy z błędnikiem, charakteryzujące się odbijaniem się delikwenta/tki od lewej do prawej burty (nie mylić z utworem „Prawy do Lewego”).

O godzinie 16 dotarliśmy na miejsce do niespodziewanie słonecznego Brighton  ;) . Tu przywitało nas wesołe i zatłoczone miasto w związku z odbywającym się tutaj festiwalem – „Festival of Brighton” – miesięcznym celebrowaniem wydarzeń kulturalnych związanych z muzyką, teatrem i dobrym jedzeniem. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy na rekonesans okolicy.  

Na pierwszy strzał poszło molo – Brighton Pier a drugim punktem był zabytkowy kościół św. Piotra, tłumnie odwiedzany przez angielską młodzież.  I tak zakończył pierwszy dzień pobytu w Anglii.


Dzień trzeci - odwiedziny w Red Oaks

Kolejny dzień zaskoczył nas słoneczną pogodą i wysoką temperaturą. Pełni optymizmu wyruszyliśmy do Red Oaks, aby zapoznać się z jego pensjonariuszami. Przywitali nas oni tradycyjnym brytyjskim śniadaniem, które nie tylko zaskoczyło nas sposobem jego podania ale również i smakiem (czyżby wszystko było tu na słodko?). Po krótkim odpoczynku przygotowaliśmy tradycyjne polskie przekąski (czyli pajda chleba z tłustym i ogórkiem kiszonym). Największym zainteresowaniem pensjonariuszy cieszył się nasz ludowy strój, w którym zaprezentowała się nasza koleżanka Karolina. Nie jednemu mieszkańcowi Red Oaks zakręciła się łezka w oku po obejrzeniu prezentacji o Polsce. Mieliśmy możliwość szlifowania swojego angielskiego ponieważ po prezentacji seniorzy mieli do nas mnóstwo pytań, które nie mogły pozostać bez odpowiedzi.
O godz. 13 00 zasiedliśmy do uroczystego lunchu podczas którego mogliśmy usłyszeć wiele ciekawych opowieści od osób tam mieszkających. Z pełnymi brzuchami wróciliśmy do hotelu gdzie po krótkiej drzemce ogarnął nas popołudniowy szał zakupowy: shopping, shopping, shopping……, który zakończył się powrotem do pokoi z wieloma wypchanymi po brzegi torbami.

Sprawozdanie z podróży:

Podroż przebiegała w przemiłej atmosferze. Panowie kierowcy raczyli nas przebojami polskimi lat 90 i 70. Dbali, by nie było nam ani za ciepło, ani za zimno i regularnie zatrzymywali się na postojach, abyśmy mogli czuć się zdrowo i swobodnie. Autobus co prawda nie przypominał łodzi Sindbada, ale płynnie pokonywał dystans, który dzielił nas od Brighton. Kierowcy tak się z nami zżyli, że przyjadą po nas po zakończeniu praktyk.

Hotel Royal Albion.

Jeżeli chodzi o nasz hotel, po zakwaterowaniu okazało się ,że każdy z Nas może cieszyć się pięknym „view” na ”seaside”.Pokoje są wyposażone w królewskie łoża i prywatne łaźnie parowe.
Ogólnie ujmując wszystko oceniamy na wysoki poziomie.
Oczekujcie na nasze dalsze sprawozdania. Ze słonecznego Brighton serdeczne pozdrowienia dla pani Dyrektor, całego grona pedagogicznego, administracji ,obsługi oraz naszych kolegów.


Dzień czwarty – zaczynamy praktyki w Red Oaks

Dzień przywitał nas ,,typową’’ angielską pogodą, ale mimo wszystko pełni optymizmu wsiedliśmy do busa przysłanego z Red Oaks. W trakcie drogi okazało się, że nasz optymizm zadziałał entuzjastycznie na pogodę, nim dotarliśmy na miejsce wyszło piękne słoneczko.

Obsługa wskazała nam pokój, w którym przebraliśmy się w nasze śliczne i kolorowe ubranka, tak przygotowani zeszliśmy na przepyszne śniadanko ,które sprawiło że nabraliśmy sił do dalszej pracy a pracy mieliśmy niemało, oj niemało ponieważ okazało się, że kosmetyczkom Coś wyszło z kartonu i poszło na spacer, po krótkim i intensywnym śledztwie stwierdzono , że był to WOSK DO DEPILACJI , który w szybki i skuteczny sposób został spacyfikowany. Bez dalszych przygód rozpoczęliśmy przygotowanie naszych stanowisk. Każda z grup dostała swój pokój zabiegowy, który został profesjonalnie przygotowany do zabiegów.

Masażyści większych przygód nie mieli, ich oliwki do masażu na spacerek iść nie chciały , szczęściarze. Pensjonariusze okazali się sympatyczni, weseli i niezwykle wyrozumiali w kwestii naszego ,,łamanego ’’ angielskiego. Atmosfera podczas pracy była bardzo rodzinna, wszyscy pensjonariusze opowiadali nam o swoich bliskich, o tym jak im się podoba w Red Oaks. Wspominali również grupę z przed 3 lat, niektórzy nas z nią mylili. Próby wyjaśnienia im pomyłki były bardzo zabawne-prawie ,,połamaliśmy’’ języki.

Rezydenci byli niezwykle zadowoleni z faktu, że młodzi ludzie z innego kraju przyjechali do Anglii, aby spędzić z nimi wspólnie czas na pogawędkach i żartach.

Tak bardzo spodobały się im zabiegi, że zapisali się na następne dni.

   


Dzień piąty

Dziś z samego rana przywitało nas piękne angielskie słoneczko. Po krótkim doprowadzeniu się do ładu i składu, jak co dzień w korku zmierzaliśmy do ukochanego Red Oaks. Na miejscu okazało się, że największą popularnością tego ranka przy śniadaniu okazała się jajecznica (oczywiście niedoprawiona jak to w Anglii bywa). Po nakarmieniu naszych głodnych brzuszków, zwarci i gotowi ruszyliśmy do pracy. Dzisiaj tłumy „waliły” do nas drzwiami i oknami. Nie przeszkadzało nam to jednak cieszyć się z wykonywanych zabiegów. A największą niespodzianką tego dnia okazał się miły, starszy pan, który zapragnął zadbać o swoje dłonie korzystając z zabiegu manicure.

Jedynym momentem na chwilę wytchnienia była przerwa na obiad i bezowo-owocowy deser, który rozpieścił nasze delikatne podniebienia. Pełni uśmiechu i energii, pohulaliśmy na dalsze zabiegi tak jak wiatr szalejący za oknem. Długo nie musieliśmy czekać na dalsze atrakcje, ponieważ do załogi masażystów ochoczo dołączyła jedna z pensjonariuszek, która z zapałem pomagała im przy pracy. Natomiast kosmetyczki miały wizytę dodatkowego gościa, w postaci lalki, którą zabrała ze sobą jedna z rezydentek Red Oaks.

Po intensywnym dniu pełnym wrażeń wróciliśmy do Brighton by „uciąć sobie popołudniowego komara”. Potem ruszyliśmy jak burza na spacer brzegiem morza, jednak powiewy wiatru nas nie opuściły i postanowiliśmy wrócić do naszych królewskich apartamentów w Royal Albion. Po drodze nie omieszkaliśmy zajrzeć do polskiego sklepu, w których znaleźliśmy mnóstwo tradycyjnych polskich przysmaków np. ogórki kiszone. Reszta wieczoru minęła nam w przyjaznej i wesołej atmosferze na pogawędkach i świętowaniu urodzin naszej kochani Pani mgr. Marzenki Skowron. Uszy nam się trzęsły kiedy zajadaliśmy pyszny urodzinowy czekoladowy torcik. I tak minął kolejny dzień w Brighton. 

   

 

Dzień szósty – czwartek.

Dzień przywitał nas, po raz pierwszy od przybycia do Brighton, deszczem. Nie zepsuło to jednak nam humorów. Z zapałem zabraliśmy się do pracy, gdzie zadebiutowaliśmy masażem gorącymi kamieniami wykonanym przez Marcina, który okazał się prawdziwym hitem i zapisami na dzień następny chętnych na „hot stone massage”. Cały dzień okazał się bardzo pracowity, zarówno kosmetyczki i masażyści wykonali rekordową ilość zabiegów. Na zakończenie dnia w nasza opiekunka w Red Oaks wylała miód na nasze serca stwierdzając, że wykonaliśmy kawał „Good work” J.

Wieczór stał za to pod znakiem piłki nożnej. Karolowi udało się zdobyć bilet na mecz Brighton-Derby, mecz barażowy o awans do premiership, reklamowany w mediach jako mecz o 100 milionów funtów. Niestety reszcie naszej grupy nie udało się zdobyć biletów L, w związku z tym pod nadzorem naszej opiekunki aby było bezpiecznie, udaliśmy się do najlepszego pubu w mieście aby kibicować drużynie z Brighton, w której bramkarzem jest Polak – Tomasz Kuszczak. Mecz niestety zakończył się porażką gospodarzy (zaskoczeni nie jesteśmy): 1-2. Mimo tego dostarczył nam wszystkim pozytywnych wrażeń.

  

Dzień siódmy (09.05) - Kolejny dzień jak co dzień           
Jak co rano przywitała nas zmienna pogoda. Raz wychodziło piękne słoneczko, a raz chmury zasłaniały błękit nieba. O 7.40 wyruszyliśmy do naszych ukochanych pensjonariuszy , gdzie ponownie mogliśmy skosztować, tak dobrze nam już znanego angielskiego śniadania. Najedzeni i pięknie wystrojeni przystąpiliśmy do pracy, gdyż czekało nas tego dnia niemało zabiegów. Zarówno masażyści, jak i kosmetyczki mieli pełne ręce roboty, ale mimo tego z uśmiechem na twarzy pokonaliśmy wszelkie trudności, które na nas czyhały. Rezydenci zachwyceni byli pięknymi stopami i dłońmi, a także gładszą skórą dzięki zabiegom na twarz oraz czuli się lżejsi i zdrowsi po cudownych masażach kamieniami. Wzmocnieniem był dla nas lunch, na którym pojawiło się typowe angielskie danie, czyli Fish and Chips, co wielce nas uradowało. Wisienką na torcie okazał się deser- przepyszne, czekoladowe, gorące Brownie z lodami waniliowymi (Mniaaaaaam). W drodze powrotnej zahaczyliśmy o TESCO, gdzie zrobiliśmy zapasy na jutrzejszy wyjazd do Londynu. Po krótkim odpoczynku w hotelu ruszyliśmy zwartą i gotową grupą na wyprawę po bilety. Zrzedły nam minki, kiedy spotkany po drodze Polak poinformował nas o CHORENDALNEJ cenie biletów do Londynu (50 funtów – SZOK)! Na szczęście nasze humory poprawiła nam nasza baby sitter i jej prawa ręka Karol, a lewa ręka Klaudia została z resztą nóg, które próbowały rozpełznąć się na boki. Na szczęście okazało się, że cena jest 4-krotnie niższa (W kupie siła!!!). Pełni pozytywnej energii ruszyliśmy więc na podbój sklepów, by wydać nasze zaoszczędzone funciki. Tak zakończył się kolejny dzień w Brighton ;). Wszyscy udajemy się teraz do naszych królewskich apartamentów aby przygotować się do kolejnego ekscytującego dnia pt. „Go London”

Dzień ósmy - Podbijamy Londyn

W rytmie deszczowej piosenki, nie wsiadając do pociągu byle jakiego, nie ściskając w ręku kamyka zielonego, lecz trzymając kolorowe parasole ruszyliśmy na podbój Londynu.

Po niedługiej podróży pociągiem (z niewiarygodną prędkością porównując do polskich standardów oraz całkowitą zmianą pogody ) na stacji spotkaliśmy naszą panią przewodnik.

Pierwszym punktem wycieczki był piękny i zachwycający Buckingham Palace . Strzegli go specyficznie ubrani strażnicy królowej, bramy, pałac i ogrody zaparły nam dech w piersiach. Przechadzając się po Green parku (już stamtąd widać było London Eye), ulubionym miejscem londyńczyków na rodzinne spacery i uprawianie sportów, dotarliśmy do Opactwa Westminster. Budynek opactwa okazał się ogromną budowlą w stylu gotyckim, wszystkie śluby i pogrzeby członków rodziny królewskiej odbywają się właśnie w nim, poza ślubem księcia Karola i księżnej Diany. Można na nim znaleźć polski akcent… nad wejściem do opactwa można zobaczyć figury różnych męczenników, pierwsza postać po lewej przedstawia księdza Maksymiliana Kolbe.

A o rzut beretem dalej znaleźliśmy się pod budynkiem brytyjskiego Parlamentu. Częścią budowli jest słynna wieża zegarowa a w niej znany na całym świecie dzwon Big Ben, którego mieliśmy okazję usłyszeć.

Niczym japońscy turyści uwieczniliśmy wieżę zegarową ze wszystkich stron, ruszyliśmy Whitehall Street zwaną ,,korytarzem władzy’’. Nazwa tej ulicy nie wzięła się bez przyczyny – znajdują się na niej jedne z ważniejszych ministerstw. Z ulicą tą krzyżuje się Downing Street, przy której mieszka i pracuje premier Wielkiej Brytanii David Cameron.

Następną atrakcją okazała się sesja zdjęciowa z pięknymi i wdzięcznymi modelami ;) … rumaki gwardii konnej.

Kolejnym przystankiem wycieczki był Trafalgar Square, okazał się on ogromnym placem, na którym mieszczą się cztery postumenty oraz najwyższa na świecie kolumna Nelsona (nasz Zygmunt z Wawelu może się schować ;) ). Jeden z postumentów jest przeznaczony dla współczesnych artystów, co dwa lata jest wybierany inny projekt, tym razem okazał się nim WIIIEEELLLKI , niebieski kogut ;) przykuwając wzrok wszystkich.

Szczególnie interesującym obiektem na Trafalgar Square było Muzeum Narodowe, znajdują się w nim dzieła wielu wybitnych artystów takich jak : Boticelli, Caravaggio, Turner, van Gogh i wielu, wielu innych.

W drodze do Tower of London, mieliśmy okazję przejechać się wizytówką miasta, czerwonym Double Deckerem.

Gdy wysiedliśmy z autobusu naszym oczom ukazało się Tower of London jedna z najstarszych budowli w mieście. Miejsce to cieszy się złą sławą ponieważ odbyło się tam wiele egzekucji. Miejsce to do dziś dnia otacza złowroga aura. Okrążając budowlę zatrzymaliśmy się przy tak zwanej ,,Bramie zdrajców’’.

Gdy skierowaliśmy wzrok ku Tamizie, widok zdominował imponujący Tower Bridge.

Ostatnim punktem wycieczki były rzadko odwiedzane przez turystów Doki Świętej Katarzyny, które ujęły nas swoim urokiem i spokojem w wielkim, głośnym i zatłoczonym Londynie.

Po pożegnaniu i podziękowaniu pani przewodnik oraz po pysznym obiedzie, ogarnął nas szał londyńskich zakupów na Oxford Street, raju dla zakupowych maniaków ;).

Pod wieczór wsiedliśmy zmęczeni do pociągu przepełnieni wrażeniami po dniu spędzonym w mieście wiecznego tłoku, hałasu, atrakcji i nieustannie zmieniającej się pogody .

To właśnie jest Londyn.

 

 

Dzień dziewiąty

Tego ranka huk rozbijających się fal dochodzący zza okien postawił nas na nogi… Jak na niedzielę przystało odpoczynku nadszedł czas. Jednakże natura nasza leniwa nie jest, dlatego postanowiliśmy liznąć trochę kultury w Royal Pavilion. Pociąg, metro już za nami, dziś poszliśmy tam nogami. Po dotarciu na miejsce przywitały nas tłumy turystów zwiedzających pałac. Nie zabrakło tam również wiewiórek, które zwinnie umykały naszym oczom w ogrodach królewskich.

Ten okazały budynek w stylu indosaraceńskim okazał się byłą rezydencją królewską w Brighton. Kiedy zawitaliśmy w jego progi naszą uwagę przykuł okazały żyrandol, mieniący się toną pięknych kryształków. Poczuliśmy się wtedy niemalże jak na prawdziwym królewskim balu. Przy suto zastawionych stołach niestety nie mogliśmy zasiąść, ponieważ do książąt nam daleko. Mijając kolejne sale i oglądając okazałe ekspozycje mogliśmy się przenieść w czasie do XVIII wieku. Po dwugodzinnym zwiedzaniu nadszedł czas na pyszny i cieplutki obiad, na który wszyscy z utęsknieniem czekali. Jak na królewskiej uczcie szwedzki stół ugościł nas swoimi niekończącymi się darami. W ruch poszły pizze, makarony i przeróżne sałatki. Kiedy nadszedł czas poobiedniej refleksji, każdy ruszył w swoją stronę. Jedni wybrali popołudniową drzemkę, gdy inni rzucili się w wir zakupów. Znaleźli się również tacy, którzy potruchtali na spacerek po Brighton. Jednak nic tak nie umila popołudniowej sjesty jak duże lody w centrum handlowym. Mimo ciepłego słoneczka jedynym minusem tego był nieustannie szalejący wiatr.

  

12.05.2014 Poniedziałek

Po ekscytującym i relaksującym weekendzie z zapałem wróciliśmy do naszych rezydentów w Red Oaks.

W drodze do naszego ośrodka towarzyszyło nam słońce, co nie przeszkodziło mu potem się schować, znowu się pokazać, po czym przyszedł czas na deszcz, a nawet grad a wszystko doprawione było porywistym wiatrem. Angielska pogoda w pełnej okazałości – full english weather J

Jako że 12 Maja obchodzony jest międzynarodowy dzień pielęgniarki, naszym głównym zadaniem dziś stało się umilenie czasu pracownikom Red Oaks: manicure, masaż twarzy, czy gorącymi kamieniami to tylko niektóre z zabiegów, które dziś wykonaliśmy, by sprawić personelowi jak najwięcej przyjemności. Wnioskując z ich zadowolonych min w pełni nam się to udało!

Po południu przyszedł czas na wycieczkę na klify zwane „Seven Sisters”. Siedem sióstr to grupa spektakularnych klifów na południowym brzegu Anglii położonych nad kanałem La Manche. Skały te zostały uformowane miliony lat temu, kiedy ten obszar był całkowicie przykryty pod wodą. Oszałamiające wrażenie wywierają nie tylko skały, co zapierające dech w piersiach widoki, oraz urywający się nad przepaścią krajobraz. W 1971 roku obszar klifów został objęty Parkiem Narodowym (Seven Sisters Country Park). Nazwa „Seven Sisters” Związana jest z 7 siostrami, które niegdyś zamieszkiwały okolicę. Każda z nich miała swój własny dom między wzgórzami.

Nasza wycieczka rozpoczęła się przejażdżką autobusem nr 12 w okolicę Parku, po czym odbyliśmy ok. 13 km pieszą wycieczkę, podczas której to zdobyliśmy jedno ze wzgórz, delektowaliśmy się wspaniałymi widokami, krystalicznie czystym powietrzem, spotykając po drodze pasące się owce i obserwując wiele gatunków ptaków. Czas, który tam spędziliśmy napełnił nas entuzjazmem, energią i zachwytem dla piękna naszej planety!

    

Dzień 12 – Praca, praca i jeszcze raz praca.

Meteopaci mieli by tu wesoło, pogoda zmienia się nam na około. Dzień przywitał nas nie oczekiwanie przepiękną pogodą i słońcem. Po pysznym śniadaniu (drugi tydzień na angielskim śniadaniu i jajecznicy) ładna pogoda zachęciła nas do zrelaksowania się w pięknym ogrodzie Red Oaks.

Już od samego rana pensjonariusze chcieli zaznać chwili rozkoszy podczas masażu, oraz odrobiny luksusu podczas zabiegów kosmetycznych.

Jedna z naszych kosmetyczek miała nie lada zadanie… jedna z rezydentek Red Oaks ma osobliwy charakterek ;), lecz nasza dzielna dziewczyna ,,poskromiła złośnicę’’ uśmiechem i miłym zachowaniem. Rezydentce bardzo spodobał się zabieg manikiuru.

Jednak to nie była jedyna niespodzianka dnia dzisiejszego… odwiedził nas specjalny gość, każdy z rezydentów dobrze go zna i uwielbia. Podbił i nasze serca, nikt nie mógł oprzeć się jego urokowi i prze słodkiemu pyszczkowi. Piesek imieniem Diggle umilił nam czas pracy, a rezydentom co tydzień pomaga w terapii, jest on ,,psim terapeutą ‘’

Po zakończeniu pracy z rezydentami każdy z nas delektował się cudownym, ciepłym i pozytywnie działającym wpływem słońca.

Dzień 13

Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy od pożywnego śniadania, które później układało się w naszych brzuszkach przy promieniach słońca, łapiąc witaminkę D3.Odkrywalismy wszelkie zakamarki urokliwego ogrodu w Red Oaks ,stąpając boso w porannej rosie.

Gdy zbliżała się godzina "zero" przystąpiliśmy do pracy. Dzisiejszy dzień minął nad wyraz spokojnie, mogliśmy sie w pełni oddać naszym klientom ,budując z nimi bliskie relacje. Nie opuściły nas również goniące się po ogrodzie wiewiórki ,które sprawiały że pojawiał się uśmiech na naszych twarzach. Słoneczko towarzyszyło nam dzisiaj cały dzień, dlatego udaliśmy się na wycieczkę. Naszym dzisiejszym celem był Devils Dyke- najdłuższa, najszersza i najgłębsza sucha dolina w Wielkiej Brytanii pozostała po ostatnich lodowcach.

Legenda głosi, że diabeł wykopał tę dolinę, aby zalać znajdujące się w wiosce kościoły, ten niecny plan legł w gruzach ,gdy wiejska kobieta słysząc dochodzące hałasy zapaliła świece.”Stała się jasność i kogut zapiał’. Miejsce to okazało się świetnym punktem widokowym, ponieważ mogliśmy z niego podziwiać wszelkie zakątki Brighton. Nie omieszkaliśmy również zadbać o naszą kondycję i ruszyliśmy na niemałą przechadzkę wzdłuż doliny. Tętna nam wzrosły ,a barwne rumieńce pojawiły się na naszych twarzach, gdy wdrapywaliśmy się na wzgórze. Po tak ciężkim wzniesieniu przyszedł czas na odpoczynek w naszym królewskim hotelu. Po zaspokojeniu naszego pragnienia picia i jedzenia ruszyliśmy ulicami Brighton łapiąc atmosferę tego miasta i ludzi w nim żyjących. Nie pozostaje nam nic innego jak łapiąc chwilę i cieszyć się ostatnimi dniami w Anglii.

 

 

17.05.2014 sobota

Nim się obejrzeliśmy nastał ostatni dzień naszych praktyk. Nie oznaczało to jednak taryfy ulgowej. Od rana realizowaliśmy napięty harmonogram zabiegów.

Gdy przyszła chwila rozstania, ze smutkiem w oczach pożegnaliśmy się z rezydentami i pracownikami „Red Oaks”. To były wspaniałe praktyki. Nawiązaliśmy mocne więzi z naszymi klientami, poznaliśmy historie ich życia, stali nam się bliscy. Na koniec wykonaliśmy pamiątkowe zdjęcie. Jeszcze tylko przygotowaliśmy stanowiska pracy dla następnej grupy, pospacerowaliśmy po pięknym ogrodzie patrząc po raz ostatni na przepiękny dom seniora. Emocje targały nami jeszcze długo.

Po południu wybraliśmy się na spacer brzegiem morza, gdzie mieliśmy okazję bliżej poznać rybackie korzenie Brighton, zwiedzając po drodze muzeum rybackie, z bliska przyglądając się tradycyjnym kutrom. Pogoda po raz kolejny nas rozpieściła, piękny zachód słońca wprawił nas wszystkich w sielankowy nastrój. W drodze powrotnej postanowiliśmy uczcić zakończenie naszych praktyk w stylizowanym, rybackim pubie w rytmach kubańskiej muzyki. 

Dzień 16 – Pożegnanie z Anglią

Po wielu przeżyciach i atrakcjach w Brighton, przyszło nam pożegnać się z tym wspaniałym miastem. Nadszedł czas pakowania, walizki przepełnione, aż łezka w oku się kręci. Przyszedł czas także na chwilę refleksji i wdzięcznych wspomnień – o tym, jak mile spędziliśmy tu czas, zwiedzając i spacerując gdzie nas nogi poniosły oraz o rezydentach i pracownikach Red Oaks. Prędko o nich nie zapomnimy.

Zanim jednak na dobre opuściliśmy Brighton, czekaliśmy na przyjazd drugiej grupy rozpoczynającej staż 19 maja. Postanowiliśmy umilić sobie czas oczekiwania, chwytając promienie słońca na kamienistej plaży, podziwiając spokojne morze i ciesząc się ładną pogodą.

Po chwilach spędzonych na plaży, z niecierpliwością wypatrywaliśmy przed hotelem autokaru Sindbada żeglarza. Spotkanie z naszymi koleżankami i kolegami było miłe, choć krótkie – chwilę później już siedzieliśmy w autokarze, czekając na wyjazd do portu w Dover, gdzie rozpoczęła się nasza wspólna przygoda w Anglii oraz gdzie miała się zakończyć. Gdy prom odbił już od brzegu, z żalem obejrzeliśmy się ostatni raz na skaliste wybrzeże, ale gdy spojrzeliśmy przed siebie zrozumieliśmy, że trzeba coś skończyć, aby zacząć coś nowego. Z uśmiechem na twarzy rozpoczęliśmy kolejną podróż i kto wie, co nas spotka za następnym zakrętem.

Strasburg.

Nastał ostatni dzień Naszej wyprawy. Po ciężkiej 14-sto godzinnej podróży i trzech godzinach snu w hotelu Ibis nadszedł czas na zwiedzanie Strasburga. Obowiązkowo skorzystaliśmy z francuskiej komunikacji miejskiej, którą dotarliśmy do centrum miasta. Tam mogliśmy nasycić się widokiem pięknej architektury. Małymi, uroczymi uliczkami dotarliśmy na Plac Republiki, gdzie znajduje się m. in. Biblioteka Narodowa i Uniwersytecka oraz Pałac Reński, dziś siedziba najstarszej z międzynarodowych instytucji w Strasburgu - utworzonej po Kongresie Wiedeńskim.

Największym zainteresowaniem jednak cieszyła się Katedra Notre-Dame w Strasburgu, najważniejsza świątynia katolicka miasta, cenny przykład średniowiecznej XIII-XV wiecznej architektury, łączącej cechy późnego romanizmu, z przede wszystkim wczesnym gotykiem francuskim i dojrzałym gotykiem niemieckim, zawierająca zarówno na zewnątrz i w środku liczne cenne dzieła średniowiecznej rzeźby kamiennej.

Po kupieniu ostatnich prezentów, które rozrywały nasz bagażnik i zjedzeniu pysznej francuskiej pizzy nadszedł czas na powrót do domu. Zmęczeni, ale pełni pozytywnych wrażeń z bagażem nowych doświadczeń, czekaliśmy na przekroczenie granicy by teraz móc nasze nowe umiejętności wykorzystać w Polsce.